czwartek, 13 lutego 2014

Z przyjacielem farmera ja się nie zaprzyjaźnię....

Zbliżamy się do 250 odwiedzin, za które bardzo Wam dziękuję. 
Dziś, zostajemy w temacie dłoni i Burt’s Bees. Ostatnio pisałam, że migdałowy krem ma dziwny zapach. Ostatnio dorwałam się do maści do rąk ‘przyjaciel farmera’. Skład prezentuje się raczej przyjemnie, naturalnie. Bardzo liczyłam, na jakiś ciekawy zapach. Otworzyłam maść w pociągu i w przedziale zostałam sama… 
Ten specyfik po prostu śmierdzi. Połączenie lawendy, mentolu i jakiegoś lekarstwa. 
Kosmetyk jest bardzo treściwy- na początku miałam duży problem, żeby wydobyć go z metalowej puszki (plus za opakowanie, choć słoiczek z krową i tak jest moim faworytem), ale pod wpływem ciepła palców powoli pozwalał się nabrać. Puszka ma ciekawy design- widzimy na niej zaorśniętego farmera (ciekawa rekalama kosmetyku pielędnującego, ale mnie przekonuje).
Ok, udało się, wosk nieco się ogrzał, nos zawinięty w szalik, więc działam. Po zwartości preparatu nie ma śladu, ciepło dłoni rozpuściło go.
Zabieram się za wsmarowywania pamiętając, żeby przypadkiem nie wąchać. 
Dociera do mnie kolejna prawda. Maści wsmarować się NIE DA (teraz, przed chwilą udało mi się po raz pierwszy po dokładnym peelingu dłoni… )
Ogólnie mogę powiedzieć tyle. Maść działa. Dłonie są fajnie nawilżone, a właściwie natłuszczone, miękkie i gładkie. 
Ogólna ocena: nigdy więcej go nie kupię. Zapach odstrasza, krem się nie wchłania i mimo, ze działa dobrze, to koszta przewyższają nad zyskami.
Zdjęcie pokazuje jak maść się wchłania a właściwie nie wchłania. Otatnie zrobione 20min po aplikacji...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz