niedziela, 2 lutego 2014

Pośnieżny post

Przeżyłam, wróciłam :). Przepraszam, że wczoraj nie napisałam nic, ale wróciłam dobrze po 20 i Pawel czekał już z pysznym, ciepłym founde... A po founde tylko kocyk i kanapa....
Właśnie przypominam sobie o przyjemności z jazdy i o tym, że podczas ćwiczeń nie powinnam zaniedbywać rąk. Było bosko. Na początku miałam nieco problemów z przypomnieniem sobie co i jak, ale potem poszło :). W sumie na stoku byłam 6 czy 7 godzin, zrobiłam 5 zjazdów. Tego ile razy leżałam nie liczę (poza tym razem kiedy pokazały mi się gwiazdy i straciłam kawałek zęba po pięknym fikołku. 
Względnie zaczynają wychodzić mi skręty, przestaje panikować w zakresie prędkości i potrafię puścić się z deską w dół stoku. 
Musze powiedzieć, że po mniej więcej 5 godzinach ból stup w butach zaczynał być dużym dyskomfortem. Upadki nie były jakieś bardzo bolesne, więc przy ostatnim zjeździe czułam tylko stopy oraz lekkie ogóle poobijanie. W połowie zjazdu zrobiłam fikołka i dość mocno uderzyłam ramieniem i twarzą oraz tyłkiem. Teraz mam pięknego sińca na policzku, tam gdzie wgniotły mi się gogle. Dziś, niedługo sauna i basen. Zakwasy rano w normie, tylko ramiona i tyły mocno dają się we znaki nie na tyle jednak bym zrezygnowała z rowerka. 
Na stok klasycznie użyłam kremu jak bazy na na to nałożyłam lekką warstwę kremu BB Clinique. Twarz przeżyła bez większych problemów. Zawsze sporo problemów miałąm z ustami, ale nie tym razem. Zastosowałam masło do ust z The Body Shop o zapachu jagodowym. Musze powiedzieć, że nieziemsko pachnie i tam samo smakuje. Jest słodkie i nie lepi ust. Utrzymuje się wiele godzin mimo, że moje usta kontaktowały się ze śniegiem masło jakby nadal działało. Myślę, że więcej o nim napiszę przy okazji opinii o serii jagodowej, której dzielnie używam. 
Kolejnym bohaterem kosmetycznym stał się chłodzący balsam do stóp (miętowy). Nie wiem co bym bez niego zrobiła. Tuż po powrocie do domu wysmarowałam nim stopy oraz łydki… Ulga natychmiastowa, wchałanianie idelanie szybkie, efekt chłodzący naprawdę konkretny, ale mimo wszystko bardzo przyjemny. Myślę, że to będzie mój must have na lato i po deskce, bo planuje kolejne wypady. Poniżej kilka zdjęć z deski, i kosmetyków :) 
Tak wyglądał dzień na desce... Z wzlotami (dosłownymi ;)) i upadkami...

Masło jagodowe do ust, które sprawiło, że śnieg i mróz nie były mi straszne.

I na koniec bohater moich obolałych stóp :) 

Nadal bardzo po cichu liczę, że ktoś się tutaj odezwie, lecz nawet jeśli nie pisać i tak będę… No chyba, że ktoś napisze mi, że powinnam przestać :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz